Witajcie w ciężkich czasach

Na lotnisko w Trenczynie chce się wracać nie tylko z powodu widoków

Na lotnisko w Trenczynie chce się wracać nie tylko z powodu widoków

Spieszmy się kochać wielkie festiwale muzyczne – tak szybko umierają. Na szczęście tylko w Polsce. Po wizycie na Pohodzie stwierdzam, że Mikołaj Ziółkowski i koledzy powinni się wybrać na Słowację po naukę jak wyjść z kryzysu.

Jako pierwszy czołowe zderzenie z rynkiem zaliczyli organizatorzy Pozytywnych Wibracji. Festiwal został odwołany, oficjalnie z powodów niezależnych od organizatorów. Nieoficjalnie z powodu znikomej liczby sprzedanych biletów.

Kolejny szok przeżyli organizatorzy Orange Warsaw Festival – przygotowali zgrabny zestaw wykonawców, promocję mieli znakomitą, ale Stadionu Narodowego nie zapełnili. Nie lepiej było na Openerze. Szef festiwalu Mikołaj Ziółkowski nie tak wyobrażał sobie pierwszą edycję bez sponsora tytularnego. Nie dość, że pieniędzy mniej, to i ludzie odwrócili się od trójmiejskiej imprezy, a korespondenci donosili o pustkach pod scenami.

Sam byłem ciekaw, jak na tym tle wypadnie słowacka Pohoda. Jeżdżę tam od pięciu lat, wcześniej bywałem na Roskilde, Openerze, OFF-ie i wielu innych festiwalach. Ale tylko Pohodzie jestem bezwględnie wierny. W Trenczynie w tym roku też było mniej ludzi, niż podczas poprzednich edycji. Ale spadek był ledwie zauważalny. Organizatorzy byli tego świadomi. – Nie jestem optymistą w kwestii przyszłości dużych festiwali. Zmienia się sposób słuchania muzyki, ludzie słuchają piosenek, a nie albumów czy konkretnych grup. Festiwale przetrwają, ale będą rozrywką dla koneserów – mówił Michał Kascak, dyrektor festiwalu w wywiadzie dla zapowiadającej festiwal gazety “Tydzień”. W ostatni weekend Kascak udowodnił, że  do zmian przygotował się znakomicie. Dlaczego udało się Słowakom, a Polacy polegli?

 

Gwiazdą numer jeden Pohody był w tym roku Kraftwerk

Gwiazdą numer jeden Pohody był w tym roku Kraftwerk

1. “Nie tylko muzyka!”. To zarzut głównie do Openera, który za sprawą swojego szefa Mikołaja Ziółkowskiego stał się narzędziem dla hipsterów do zaspokajania własnej próżności i odhaczania kolejnych zespołów z recenzji Pitchforka. Ale kryzys muzyki sprawił, że narzędzie się zepsuło. Na Pohodzie muzyka jest tylko okazją do zabawy, pretekstem do spotkania, rozmowy. Atmosferze bliżej do wiejskiego festynu niż wielkomiejskiego eventu. A organizatorzy nie wstydzą się rozstawić straganów z watą cukrową, karuzeli, czy stołu do pingponga. I wygrywają na tym to co bezcenne – szczęście widzów.

2. “Szczerość!” – jeśli kupuję bilet na Orange za ciężkie pieniądze to oczekuję, że dostanę koncerty uznanych gwiazd w dobrej jakości. A dostaję bezkształtną dźwiękową magmę, bo nikt nie chce przyznać, że Stadion Narodowy nie da się odpowiednio nagłośnić. Raz można widza nabrać, ale za rok może być ciężko… Pamiętam na Pohodzie kilka lat temu występ The Teenagers. Francuzi przyjechali kompletnie pijani. Ale organizatorzy dali im szansę, przenieśli koncert o kilka godzin. Jednak zespół na scenie zachowywał się skandalicznie, więc koncert został przerwany a widzowie przeproszeni. Bo od zadowolenia gwiazd ważniejszy jest szacunek publiczności.

3. “Chciwość jest zła!” – ceny za bilety na Orange były zabójcze nawet dla dobrze zarabiających warszawiaków. Za to pomysł Ziółkowskiego, żeby dzieci wchodzące na Openera płaciły nawet ponad 300 złotych uważam za skandaliczny.

Pohoda jest wyjątkowo "kids friendly". To się opłaca!

Pohoda jest wyjątkowo „kids friendly”. To się opłaca!

U Słowaków dzieci wchodzą za free, w dodatku wygospodarowano dla nich specjalne pole z licznymi udogodniami, a na festiwalu czeka ich mnóstwo atrakcji. Efekt? Tysiące rodzin przyjeżdża na Pohodę w pełnym składzie i przez trzy dni nie opuszcza terenu imprezy. Jak się domyślacie, wydają w tym czasie więcej pieniędzy niż niedojadający licealiści w Gdyni. Niby takie oczywiste…

4. “Społeczość”. Twórcy Openera liczyli, że rozstanie z Heinekenem nie będzie bolało, bo ktoś wskoczy na jego miejsce. Nie wskoczył. Liczyli, że sprawdzone zespoły przyciągną publikę. Nie przyciągnęły. (Ileż razy można słuchać od Eddiego Veddera, że jesteśmy najlepsi?). Okazało się, że marka Opener jest pusta, nie stoją za nią żadne wartości, można się bez nie obyć.

Oni na Pohodę wrócą. Ciekawe ile osób wróci na Orange?

Oni na Pohodę wrócą. Ciekawe ile osób wróci na Orange?

Atmosfera stworzona przez organizatorów Pohody sprawia, że pierwsza pula biletów, dystrybuowana jesienią, gdy jeszcze nie wiadomo kto zagra za kilka miesięcy, rozchodzi się w kilka tygodni. Ludzie jadą na lotnisko w Trenczynie nie dla konkretnych zespołów. A w festiwalowym sklepie ludzie wykupują koszulki z logo imprezy, a nie z wizerunkiem największych gwiazd.

Pohoda jest marką, pod którą organizowane są imprezy także poza sezonem letnim. I sprzedają się, bo ludzie ufają marce. Wiedzą, że wstydu nie będzie, że zawsze znajdą coś dla siebie, ale przede wszystkim będą się dobrze czuć i dobrze bawić. Nie przeszkadza im chamska ochrona, nikt nie mówi, gdzie mogą iść z piwem, a z rozrywek pozamuzycznych czeka ich więcej niż napuszone teatry, artyści i pokazy mody. Co do mody na Słowacji – zero hipsterów, pozerstwa i jakoś wszyscy szczęśliwi!

Na Pohodzie nie tylko Brett Anderson odleciał

Na Pohodzie nie tylko Brett Anderson odleciał

Zalecam wszystkim organizatorom polskich festiwali – pojedźcie za rok do Trenczyna. Odpuśćcie Roskilde, Primaverę, Glastonbury. Do Zachodu nam jeszcze baaardzo daleko. Ale spróbujcie dogonić Słowaków. Albo sami zostaniecie pogonieni szybciej niż wam się wydaje…

Jak parkuje szef Cocomo, czyli czasem nie warto mieć ferrari

Ferrari w Białymstoku

Ostatnio cicho było o szefie klubów gogo Cocomo, Janie Szybawskim, więc młody biznesmen postanowił o sobie przypomnieć. W piątek jego auto zaparkowało na parkingu jednej z galerii handlowych w Białymstoku. Ale kierowca chyba się bardzo spieszył, bo wybrał miejsce dla niepełnosprawnych.

Wytropili go dziennikarze Kuriera Porannego, jednak chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z kim mają do czynienia. Ja z kolei to ferrari znam dobrze 🙂 Samochód pojawia się w 1:27 min. filmu. To służbowe auto szefa Cocomo, ferrari california, bodajże rocznik 2012, ściągnięty z Niemiec, jak informował mnie sam biznesmen.

Swoją drogą myślałem, że Jan Szybawski będzie bardziej szanował prawo, skoro na głowie ma policję, urząd skarbowy i kilka innych instytucji. Ostatnio zresztą kolega opowiadał, że minął na autostradzie ferrari Szybawskiego, który jako jeden z nielicznych przestrzegał przepisów i wlekł się po autostradzie czarnym super-autem nędzne 130 km/h.

Desperacki chwyt Krakowa. Ale z wiarygodnością ciągle słabo…

Screenshot_2014_05_19_18_42_07Po ustawieniu bramy, liczącej zwolenników Igrzysk (upadłej bramy, trzeba dodać), żałosnej kampanii bilbordowej, komitet Kraków 2022 wykonał kolejny krok, zgodnie z dotychczasową zasadą „chcemy dobrze, a wyszło jak zwykle”.

Na stronie krakow2022.org pojawił się list, w którym krakowianie są przekonywani, jakie to korzyści ich czekają, jeśli zagłosują za igrzyskami zimowymi pod Wawelem. Treść listu to piarowy bełkot, z którego niewiele wynika. Ale mnie zainteresowało, kto podpisał się po listem.

Otóż gdzieś tak z 95 proc. sygnatariuszy to osoby, które bezpośrednio są zainteresowane organizacją igrzysk, bo zyskają na nich finansowo (sportowcy) lub są zależne od lokalnych władz i pewnie miały niewielkie pole manewru, żeby odmówić podpisu (głównie urzędnicy i artyści związani z krakowskimi instytucjami kultury).

Jak dla mnie nie wygląda to dobrze, jeśli do Igrzysk przekonuje mnie ks. Augustyński, założyciel Stowarzyszenia Siemacha, które żyje w symbiozie finansowej z miastem (m.in. jest operatorem zbudowanego przez miasto centrum Com Com Zone), albo Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda, którzy wychodzili sobie Muzeum PRL w Nowej Hucie. I do tego Lech Wałęsa, który jak wiadomo zawsze jest za a nawet przeciw.

Sorry, ale jeśli to są pomysły warte 48 tysięcy, to ja tego nie ogarniam…

Katowice, czyli dlaczego mówię “nie” openerom i orangom

Pohoda

Kurs tańca ludowego? Jakoś tego nie widzę na Openerze 😉 Na Pohodzie to hit

Na bilbordach, w kinach i telewizjach zaczęła się ofensywa reklamowa letnich festiwali. Brakuje reklam tego najlepszego. Ale on zachęcać specjalnie nie musi, jego wyznawców nie trzeba przekonywać co dobre.

Nie wybieram się na Orange, bo festiwal na stadionie jest zaprzeczeniem idei festiwalu, czyli rozlewającej się po wolnej przestrzeni wolności, swobody i luzu, a nie bliższego kontaktu z betonem. Nie mam też przekonania do warszawskiej publiki, zblazowanej, zmęczonej, skoncentrowanej na sobie, niezainteresowanej lub nieznającej się na muzyce. Oglądanie i słuchanie czegokolwiek w ich towarzystwie jest średnią przyjemnością. Nawet Pixies. Choć oglądanie Pixies bez Kim Deal to w ogóle jakaś pomyłka…

Z podobnych powodów nie wybieram się do Gdynii. Opener zjadł jego własny sukces. I ego Mikołaja Ziółkowskiego. On przytłacza ten festiwal, sprawił, że z sympatycznego, klimatycznego miejsca Opener stał się fabryką z przymusem dobrej zabawy, opresją lansu i komercją, która wyparła klimat.

Tego wszystkiego czego nie znajdę w Gdynii ani Warszawie szukam na Słowacji i w Katowicach. Pohoda w Trenczynie to największy festiwal u naszych południowych sąsiądów, ale wciąż kameralny. A Słowacy potrafią cieszyć się muzyką, jak my gdzieś takjeszcze  w połowie lat 90. No i są o niebo bardziej wyluzowani. Na polu namiotowym ani pod scenami nie trwa pokaz mody i napinka, kto lepiej wypadnie. Oj nie 😉

Wielu wykonawców z Pohody chwilę później  zobaczę na OFFie. Ale i tak pojadę tam jak co roku jak na skrzydłach. (mam tylko nieobecność usprawiedliwioną dwa lata temu – gdy wybuchła afera Amber Gold szefowie ściągali mnie z drogi, wysiadłem z samochodu znajomych w Mszczonowie i stopem wracałem do Wawy, żeby za chwilę ruszyć do Gdańska… ).

W Dolinie Trzech Stawów przez te trzy dni wytwarza się atmosfera, która ładuje mnie na cały rok – pozwalająca uwierzyć, że chociaż powoli staję się starym piernikiem, to dookoła jest mnóstwo podobnych ludzi, z podobną pasją, pozytywnych, pogodnych, a Polska to nie jest dziki kraj 😉 Uwierzcie, nic nie smakuje tak jak Japandroids albo Patyczak w sosie katowickim 😉

Cocomo – robi się coraz ciekawiej

uwaga

Poszedł do Cocomo i stracił milion z karty – to już było. Ale poszedł do Cocomo i obudził się we własnym mieszkaniu bez cennych rzeczy, z rozwalonymi drzwiami? Sieć klubów gogo nieustająco dostarcza “ekstremalnych” historii.

Mój ostatni konik, sieć klubów gogo Cocomo nie przestaje mnie zaskakiwać. Na razie jej szef, Jan Szybawski może triumfować, bo sąd uznał, że klient, który zapłacił w poznańskim lokalu 970 tys. złotych za szampany i pląsy tancerek, sam jest sobie winny. No cóż, nieudolna policja i prokuratura próbowały wykpić się naprędce zebranymi dowodami, więc inaczej się to nie mogło skończyć.

Ale mam lepszą, świeższą  historię związaną z Cocomo. Nie pytajcie skąd, nie pytajcie jak, ale kolejną “ofiarę” sieci klubów gogo znalazłem na forum erotycznym, gdzie koneserzy wymieniają się uwagami o jakości obsługi w agencjach towarzyskich, urodzie prostytutek, ich umiejętnościach i podobnych historiach.

Dziś na stronie pojawiła się historia pana, który postanowił przetestować klub w Łodzi. “Polazłem jak ta pizda do tego jebanego Cocomo. Wiedziałem że idę do paszczy lwa, więc zaopatrzony tylko w gotówkę, stary telefon na kartę i bez dokumentów”.

Pan został zwabiony przez naganiaczki z różowymi parasolkami – na marginesie, tylko proszę się nie denerwować ciężko pracującą klaso średnia, te panie z parasolkami zarabiają nawet po 7 tysięcy złotych, te na rurce i po 35 tys. Klient siadł, wypił piwo, pogadał z dziewczynami, a potem… Oddajmy głos zainteresowanemu:

Proszę o kolejne piwo, ale bez pigułki gwałtu. Sztuczny śmiech na twarzy mojej towarzyszki, więc się śmiejemy sztucznie oboje. Była mniej więcej 2 w nocy. Dalej nie pamiętam absolutnie nic, po prostu zero.

Kolejne fakty:

Budzę się w mieszkaniu ok godz 14, brak laptopa, brak płyt DVD, brak kluczy do mieszkania. Drzwi jakby po uderzeniu siekierą, rozjebany wizjer. What the fuck? Ani prześwitu co się działo w nocy, nic, absolutnie nic, nogi jak z waty, miałem kaca setki razy, to nie to”.

Pan ze wstydu nie poszedł na policję, nie poszedł z reklamacją do klubu, nawet na forum wpisał się pod fałszywym nickiem. Szczegóły jego historii tu.

A mnie zastanawia co te
ż musi się stać, żeby takie historie niezadowolonych klientów przestały się pojawiać co najmie
j raz w tygodniu. Panie Janie?

Bohater naszych czasów

 

Jan Szybawski czyli polski Wilk z Wall Street?

Ostatnie dni spędzam głównie na zgłębianiu interesów Jana Szybawskiego, twórcy sieci klubów Cocomo, gdzie setki dziewczyn wieczór w wieczór tańczą nago na rurze. Biznesmen otworzył ponad 20 lokali w całej Polsce, zatrudnia, jak twierdzi ponad 2000 ludzi, a przewija się przez jego przybytki ok. 30 tys. panów miesięcznie.

Sławę Szybawskiemu przysporzył klient, który w klubie w Poznaniu zostawił 970 tys. w jedną noc (a właściwie dzień, bo pan wyszedł z klubu kilka minut po godz. 16). Oprócz tego dziesiątki klientów w całym kraju twierdzą, że zostali oszukani w Cocomo, bo ktoś im czegoś dosypał i wbrew własnej woli wydali więcej niż chcieli.

Nie wnikam teraz, czy w Cocomo naciągają, dosypują, czy panowie wydają fortunę z własnej woli, a potem próbują odzyskać pieniądze z pomocą policji (wśród nich moim faworytem jest 30-latek, który na komisariat przyszedł z mamą).

Ale fascynuje mnie postać Szybawskiego. To nowy typ biznesmena, niektórzy powiedzą oszusta, bohatera naszych czasów. Kluby Cocomo otworzył prawdopodobnie za pieniądze z poprzedniej firmy, biura tłumaczeń „Symultanka”, za interesy której trafił na 11 miesięcy do aresztu, prokuratura uznała jej działalność za przestępstwo, a Szybawskiego za przywódcę grupy przestępczej. Proces w tej sprawie jeszcze się nie rozpoczął, ale to temat na inną opowieść, pod roboczym tytułem „O nieudolności prokuratury polskiej”.

Szybawski działa na wyobraźnię. Jeździ ferrari, ubiera się jak skrzyżowanie Tony’ego Soprano z Cristiano Ronaldo, bez żenady opowiada, że interesuje go przede wszystkim zrobienie jak największych pieniędzy, a dylematy moralne i etyczne zostawia innym. Lekko łączy gorliwy katolicyzm z zarabianiem na striptizie.

Rozmawiałem na jego temat z wieloma policjantami, urzędnikami, ludźmi zorientowanymi tu i ówdzie. Jak mantrę powtarzają, że za Szybawskim ktoś musi stać. Ale im lepiej go poznaję, tym bardziej przekonuję się, że stoi za nim tylko jego bezczelna pewność siebie, obsesyjna determinacja w dążeniu do osiągnięcia celu oraz słabość państwa polskiego, którą Szybawski bezwzględnie wykorzystuje. Po co mu koncesja na alkohol, jak może to obejść robiąc imprezę zamkniętą? Dlaczego ma nie otwierać lokalu gogo w reprezentacyjnym punkcie miasta, skoro urzędnicy nie potrafią ochronić tego miejsca przed takimi przybytkami? Takie przykłady można by mnożyć.

Szybawski pod względem gestów, sposobu mówienia, języka ciała, życiowej filozofii przypomina mi innego „biznesmena”, który do niedawna zaprzątał moją wyobraźnię. O Marcinie Plichcie, szefie Amber Gold, też spekulowano, a niektórzy robią to do dziś, kto to za nim nie stoi. Tusk, mafia włoska, mafia rosyjska, mafia gdańska. Niektórzy nawet książki o tym pisali. Ja od początku lansowałem tezę, że to zwykły drobny cwaniak, który wyrósł na słabości państwa. Oszukiwał dopóki mógł, a mógł długo i skutecznie. Ale wszystko wskazuje na to, że kradł sam, co najwyżej z żoną.

Nie życzę twórcy Cocomo, żeby skończył jak Plichta, który od ponad półtora roku siedzi w areszcie. Na razie policja i prokuratura skompromitowały się, próbując aresztować tancerki z poznańskiego Cocomo. Sąd wyśmiał śledczych, a Szybawski odtrąbił sukces i nabrał wiatru w żagle. Poczuł się na tyle pewnie, że na środę zwołał konferencję prasową. Ale gdy przeczytałem dziś zaproszenie od Szybawskiego, przypomniała mi się słynna konferencja Marcina Plichty. Dla twórcy Amber Gold spotkanie z dziennikarzami było początkiem końca. Jak zakończy się dla twórcy Cocomo? Coś czuję, że emocji nie zabraknie…

Nepotyzm zalegalizowany

W poniedziałek do rządu wraca Marek Sawicki. Znowu będzie ministrem rolnictwa. A tym samym premier Donald Tusk wyjaśni na przykładzie Sawickiego co znaczy powiedzenie „robić z gęby cholewę”. Zamiast zbędnych dywagacji – zwięzłe kalendarium:

16.07.2012 – Puls Biznesu i Gazeta Wyborcza opisują nepotyzm w agencjach i spółkach podległych ministrowi rolnictwa.

18.07.2012 Sawicki podaje się do dymisji.

19.07.2012 w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zaczyna się kontrola prowadzona przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Trwa 30.11.2012.

26.07.2013 Michał Deskur, wówczas zastępca szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wysyła do ARiMR wystąpienie pokontrolne. Druzgocące dla Agencji i nadzorującego ją ministra Sawickiego. Oto kilka wyimków:

– 28 procent członków kierownictwa Agencji ma w firmie członka rodziny lub osobę bliską.

– „Potwierdziła się wysoka skala zatrudnienia w Agencji członków rodzin. Ponadto ujawniono przypadki nepotyzmu i kumoterstwa.”

– „Za niecelowe należy uznać sfinansowanie ze środków Agencji w magazynie „Gala” w sierpniu 2011 r. wywiadu z panem Markiem Sawickim, w okresie poprzedzającym wybory. (…) Z ministrem przeprowadzono sponsorowany wywiad pt. „Pamiętam o korzeniach” w specjalnym wydaniu dwutygodnika „Gala” z okazji sprawowania przez Polskę przewodnictwa w Radzie UE. Koszt publikacji wyniósł 25 tys. zł. Artykuł sfinansowano ze środków dotacji podmiotowej przeznaczonej na dofinansowanie bieżącej działalności Agencji w 2011 r. w zakresie działalności informacyjno-promocyjnej. (…) Wydanie publikacji odbyło się w okresie poprzedzającym wybory do Sejmu i Senatu”.

– „Sfinansowanie (blisko 1.8 mln zł) spotów telewizyjnych, wykorzystujących wizerunek Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Prezesa ARiMR było niecelowe i naraziło na zarzit nadużywania zajmowanych stanowisk publicznych w celach autopromocji w 2011 r. w okresie kampanii wyborczej do Sejmu i w 2012 r. w czasie Euro 2012 (w listopadzie 2012 r. miał miejsce kongres Polskiego Stronnictwa Ludowego).

13.03.2014 do dymisji podaje się następca Sawickiego, Stanisław Kalemba.

17.03.2014 Sawicki znów zostaje ministrem.

Jeszcze w lipcu 2012 Gazeta Wyborcza pisała, że na dymisję Sawickiego nalegał premier, oburzony nepotyzmem w resorcie rolnictwa. Pytanie za sto punktów – co się stało między lipcem 2012 a marcem 2014, że premier przestał się oburzać nepotyzmem tolerowanym lub wręcz wprowadzonym przez Sawickiego?

Jak to z Talibami w Klewkach było

15 milionów, które miał skasować polski wywiad za udostępnienie na Mazurach pomieszczeń pod więzienia CIA, uruchomiło na nowo dyskusję o lepperowych “Talibach w Klewkach”.

Pal licho, jeśli swoje teorie spiskowe na bredniach Leppera buduje bloger Matka Kurka, ten sam który skompromitował się oczernianiem Jerzego Owsiaka. Ale jeśli tych argumentów do chłostania kolegów używa w TOK FM Roman Kurkiewicz, a dziennikarz Rzeczpospolitej ubolewa na Twitterze, że szkoda mu Leppera, z którego zrobiono wariata, to czas powiedzieć stop! Mam już dość czytania i słuchania bzdur na ten temat. Stąd krótka i pomocna ściągawka dla kolegów dziennikarzy, którym albo się nie chciało albo nie potrafili sprawdzić kilku faktów.

29 listopada 2001 Sejm debatuje nad odwołaniem Andrzeja Leppera z funkcji wicemarszałka. Ten zgodnie z zasadą, że najlepszą obroną jest atak wyskakuje na mównicy i oskarża kilku polityków o korupcję. Rzuca również, że ma informacje o lądowaniu w Klewkach na Mazurach Talibów, zaopatrujących się tam w bakterie wąglika. Tak rodzi się jedna z legend III RP.

Źródłem tych rewelacji jest Bogdan Gasiński. W przeszłości kontroler biletów, zootechnik i oszust ścigany przez prokuraturę. Już pół roku później Gasiński w rozmowie z Gazetą Wyborczą przyznaje: “Ja pani mówię, jak jest. Ta sprawa, którą podnosił Lepper [29 listopada 2001], jest cała wymyślona przez niego”. („Nie kłamię, że kłamałem”, Gazeta Wyborcza nr 110, wydanie z dnia 13/05/2002)

Nie uwierzyła w to Maria Wiernikowska, która poszła tropem Klewek i stworzyła reportaż oraz książkę “Zwariowałam”. Występuje tam m.in. jasnowidz z Człuchowa, a całość “odsłania obraz kraju korupcji, przemożnych układów wywodzących się z PRL i ciągłej obecności dawnych służb komunistycznych” – jak pisał o reportażu Bronisław Wildstein.

Lepper, Wiernikowska, jak i inni mówiący o Talibach w Polsce, słyszeli, że coś dzwoni, ale kościół, gdzie biły dzwony był bardzo daleko.

Cała historia zaczyna się w 1997 r. Wtedy Aleksander Makowski, polski szpieg na emeryturze, odświeża znajomość z biznesmenem Rudolfem Skowrońskim i razem (korzystając zapewne z wywiadowczych kontaktów) jadą do Afganistanu. Tam w Dolinie Pandższeru poznają Ahmada Szaha Masuda – z pochodzenia Tadżyka, przywódcę Sojuszu Północnego. UWAGA! Teraz będzie ważne: Sojusz Północny był śmiertelnym wrogiem Talibów, a sam Masud został 09.09.2001 zamordowany przez współpracującą z Talibami Al Kaidę.

Makowski ze Skowrońskim do Afganistanu jeździli ok. 10 razy. W planach mają handel afgańskimi szmaragdami, Polacy mają drukować dla Afganistanu banknoty i dostarczać broń oraz maszyny górnicze. Interesy powoli ale idą do przodu.

Jak twierdzi Makowski, od 1998 r. jego wizyty w Azji mocno zainteresowały Amerykanów, po wybuchach bomb przez ich ambasadami w Kenii i Tanzanii: “Wiadomo było, że stoi za tym Bin Laden. Myśmy już wtedy dostarczali informacji o miejscach jego pobytu, w zasadzie codziennie, bo wywiad Masuda wiedział, gdzie on jest. I mógł śledzić jego ruchy. Tyle że Amerykanie zupełnie nie mieli pomysłu, co z nim zrobić.”

Informacje od Makowskiego i jego afgańskich informatorów bardzo mocno zaszkodziły Talibom i Al Kaidzie. Twierdzenie, że ich przedstawiciele mieli lądować u współpracownika Makowskiego i brać od niego bakterie wąglika jest kuriozalne.

Zwłaszcza, że po 11 września 2001 interesy Sojuszu Północnego i Skowrońskiego zakończyły się. Niespełna miesiąc po zamachach zaczęła się amerykańska inwazja na Afganistan i marzenia o szmaragdowym biznesie prysły.

A co robili w Polsce Afgańczycy od Masuda? Rudolf Skowroński zapraszał ich do swojej posiadłości na Mazurach. Jak przyznaje Makowski, zdarzało się, że latali śmigłowcami: “Dla nich to była bardzo dobra meta, bo jedno z największych skupisk Afgańczyków, często wpływowych, było w Niemczech. Mieli więc niedaleko do swoich ziomków”.

To właśnie wtedy Gasiński, który u Skowrońskiego pracował od września 1999 do kwietnia 2001 r. mógł widzieć egzotycznych gości w Klewkach. Ale bardziej skupiał się chyba na okradaniu Skowrońskiego – w tym czasie miał wyprzedać należące do biznesmena krowy, sprzeniewierzył też pensje pracowników. Według prokuratury Gasiński dokonał w Klewkach oszustwa na 700 tys. złotych.

I na pewno ani Gasiński, ani Lepper nie mieli w listopadzie 2001 r. wiedzy o żadnych więzieniach CIA w Polsce. Dlaczego? Bo Abd al-Rahim al-Nashiri i Abu Zubaida wylądowali na lotnisku w Szymanach 5 grudnia 2002. Czyli w Starych Kiejkutach pojawili się ponad rok po show Leppera w Sejmie.

W ramach ciekawostek – umowę Skowrońskiego z Masudem dotyczącą szmaragdów pilotował znany warszawskich mecenas Robert Smoktunowicz. 

Wnioski z tej historii płyną smutne. Świat objaśniają nam w mediach ludzie, którzy nie interesują się światem, dla których każdy Afgańczyk to Talib i terrorysta. W poważnych redakcjach nie brakuje ludzi, którzy nie potrafią łączyć faktów, ustalać związków przyczynowo-skutkowych, mają problem z ustaleniem chronologii wydarzeń, nie czytają ogólnodostępnych informacji. Kończy się biciem piany i robieniem ludziom wody z mózgu. Chyba słyszę chichot Leppera za grobu…

Ps. Cytaty z Aleksandra Makowskiego pochodzą z bardzo dobrej książki „Zawód szpieg” Michała Majewskiego i Pawła Reszki.

Jak w pijackim widzie

Po tragedii w Kamieniu Pomorskim pierwsi obudzili się politycy. Chociaż często wydaje mi się, że Himalaje hipokryzji już zostały osiągnięte, oni ciągle wspinają się wyżej.

Zamiast chwili zadumy, refleksji nad śmiercią sześciu osób, ordynarna polityczna jatka, jak przekupy na targowisku: “wyższe kary za jazdę po pijaku!”, “konfiskata samochodu!”, “czerwona naklejka na samochodach pijanych kierowców!

Pomysły głupie, głupsze i najgłupsze. Licytować można dalej, za chwilę ktoś zażąda kary śmierci. Ale nikt nie zadaje sobie pytania, czy to ma sens. Stany Zjednoczone mają surowe prawo, łącznie z karą śmierci. Czy dzięki temu są bezpieczniejszym krajem? Nie sądze, statystyki przestępczości temu przeczą. Za to mają w USA największą liczbę wieźniów przypadającą na mieszkańca i miliardy dolarów topione w niewydolnych więzieniach.

Tysiące pijanych kierowców w Polsce to nie wynik łagodnego prawa, ale społecznego przyzwolenia na jazdę po pijaku. Nie jestem naukowcem, żeby wnikać skąd to przyzwolenie się bierze. Ale mam głębokie przekonanie, że fatalny przykład idący od elit, ma na to swój delikatny wpływ. Dlaczego po pijackich wyczynach posła Wiplera, Kaczmarka, Biernata albo wcześniej Cieślaka ich koledzy nie potępili tych zachowań? Dlaczego nie spotkał ich ostracyzm?

Wiem, że żaden z nich nikogo po pijaku nie zabił. Ale ich wyczyny i tolerancja albo nieme przyzwolenie dla nich innych polityków utrwalają polską kulturę picia, która w efekcie prowadzi do takich tragedii jak w Kamieniu.

A skoro fatalny przykład dają posłowie, czyli wybrańcy narodu, to dlaczego mielibyśmy więcej wymagać od samego narodu? Zatem panowie posłowie! Zanim zaczniecie znowu dzielić się swoimi pomysłami, spójrzcie w lustro i policzcie w pamięci ilu pijanych kolegów wsiadło przy was po imprezie do samochodu, z iloma sami jechaliście i ile razy pozwoliliście na podobne zachowania. A potem możecie licytować dalej…

Hiena dla wszystkich

Kilka dni temu Paweł Sito napisał na Facebooku smutną notkę podsumowującą ostatnie wyczyny polskich dziennikarzy:

sito

Wiadomości, ale bynajmniej nie w trybie przeprosin czy sprostowań, tylko ot takie ciekawostki w mediach z ostatnich 24 godzin:

– Hofman nie popełnił przestępstwa. Jednak.

– Macierewicz nie dał do tłumaczenia na rosyjski raportu o likwidacji WSI przed ukończeniem jego pisania. Jednak.

– Afery korupcyjnej w Sopocie nie było. Jednak.

Najbardziej obecnie wiarygodne media to prąd, woda i gaz jak dla mnie.

Trudno nie zgodzić się z legendarnym szefem Radiostacji. Jak doda się do tego jeszcze żałosne wygibasy wokół chorego Andrzeja Turskiego, przygnębiający obraz polskiego dziennikarstwa AD 2013 mamy w pełnej krasie.

Mylić się można. Kłamać już nie bardzo. Za błędy trzeba przeprosić. Udawać, że się nic nie stało – niekoniecznie. Dziennikarz ma zdobywać wiedzę a nie udawać, że wie wszystko. Niby oczywiste. Ale nie dla polskich mediów. Zbiorowa amnezja. I dotyczy to wszystkich redakcji. Jednych mnie, innych bardziej. Ale dziadostwa było w tym roku tyle, że nie zabraknie dla nikogo.

Obraz nędzy i rozpaczy rozmydlają trochę przyznawane na koniec roku nagrody dziennikarskie. Ale nawet z nimi krucho, zamiast łączyć – dzielą, ich prestiż spada, jak spadają wymagania wobec nominowanych i nagradzanych. Tylko kandydatów do “hieny roku” nie brakuje. Ale tu odpuściłbym w tym roku selekcję i nominacje. “Hiena” należy się nam wszystkim zbiorowo, jako profesji, która od dłuższego jest w czarnej d… i nie za bardzo wie, jak z niej wyjść.