
Na lotnisko w Trenczynie chce się wracać nie tylko z powodu widoków
Spieszmy się kochać wielkie festiwale muzyczne – tak szybko umierają. Na szczęście tylko w Polsce. Po wizycie na Pohodzie stwierdzam, że Mikołaj Ziółkowski i koledzy powinni się wybrać na Słowację po naukę jak wyjść z kryzysu.
Jako pierwszy czołowe zderzenie z rynkiem zaliczyli organizatorzy Pozytywnych Wibracji. Festiwal został odwołany, oficjalnie z powodów niezależnych od organizatorów. Nieoficjalnie z powodu znikomej liczby sprzedanych biletów.
Kolejny szok przeżyli organizatorzy Orange Warsaw Festival – przygotowali zgrabny zestaw wykonawców, promocję mieli znakomitą, ale Stadionu Narodowego nie zapełnili. Nie lepiej było na Openerze. Szef festiwalu Mikołaj Ziółkowski nie tak wyobrażał sobie pierwszą edycję bez sponsora tytularnego. Nie dość, że pieniędzy mniej, to i ludzie odwrócili się od trójmiejskiej imprezy, a korespondenci donosili o pustkach pod scenami.
Sam byłem ciekaw, jak na tym tle wypadnie słowacka Pohoda. Jeżdżę tam od pięciu lat, wcześniej bywałem na Roskilde, Openerze, OFF-ie i wielu innych festiwalach. Ale tylko Pohodzie jestem bezwględnie wierny. W Trenczynie w tym roku też było mniej ludzi, niż podczas poprzednich edycji. Ale spadek był ledwie zauważalny. Organizatorzy byli tego świadomi. – Nie jestem optymistą w kwestii przyszłości dużych festiwali. Zmienia się sposób słuchania muzyki, ludzie słuchają piosenek, a nie albumów czy konkretnych grup. Festiwale przetrwają, ale będą rozrywką dla koneserów – mówił Michał Kascak, dyrektor festiwalu w wywiadzie dla zapowiadającej festiwal gazety “Tydzień”. W ostatni weekend Kascak udowodnił, że do zmian przygotował się znakomicie. Dlaczego udało się Słowakom, a Polacy polegli?

Gwiazdą numer jeden Pohody był w tym roku Kraftwerk
1. “Nie tylko muzyka!”. To zarzut głównie do Openera, który za sprawą swojego szefa Mikołaja Ziółkowskiego stał się narzędziem dla hipsterów do zaspokajania własnej próżności i odhaczania kolejnych zespołów z recenzji Pitchforka. Ale kryzys muzyki sprawił, że narzędzie się zepsuło. Na Pohodzie muzyka jest tylko okazją do zabawy, pretekstem do spotkania, rozmowy. Atmosferze bliżej do wiejskiego festynu niż wielkomiejskiego eventu. A organizatorzy nie wstydzą się rozstawić straganów z watą cukrową, karuzeli, czy stołu do pingponga. I wygrywają na tym to co bezcenne – szczęście widzów.
2. “Szczerość!” – jeśli kupuję bilet na Orange za ciężkie pieniądze to oczekuję, że dostanę koncerty uznanych gwiazd w dobrej jakości. A dostaję bezkształtną dźwiękową magmę, bo nikt nie chce przyznać, że Stadion Narodowy nie da się odpowiednio nagłośnić. Raz można widza nabrać, ale za rok może być ciężko… Pamiętam na Pohodzie kilka lat temu występ The Teenagers. Francuzi przyjechali kompletnie pijani. Ale organizatorzy dali im szansę, przenieśli koncert o kilka godzin. Jednak zespół na scenie zachowywał się skandalicznie, więc koncert został przerwany a widzowie przeproszeni. Bo od zadowolenia gwiazd ważniejszy jest szacunek publiczności.
3. “Chciwość jest zła!” – ceny za bilety na Orange były zabójcze nawet dla dobrze zarabiających warszawiaków. Za to pomysł Ziółkowskiego, żeby dzieci wchodzące na Openera płaciły nawet ponad 300 złotych uważam za skandaliczny.

Pohoda jest wyjątkowo „kids friendly”. To się opłaca!
U Słowaków dzieci wchodzą za free, w dodatku wygospodarowano dla nich specjalne pole z licznymi udogodniami, a na festiwalu czeka ich mnóstwo atrakcji. Efekt? Tysiące rodzin przyjeżdża na Pohodę w pełnym składzie i przez trzy dni nie opuszcza terenu imprezy. Jak się domyślacie, wydają w tym czasie więcej pieniędzy niż niedojadający licealiści w Gdyni. Niby takie oczywiste…
4. “Społeczość”. Twórcy Openera liczyli, że rozstanie z Heinekenem nie będzie bolało, bo ktoś wskoczy na jego miejsce. Nie wskoczył. Liczyli, że sprawdzone zespoły przyciągną publikę. Nie przyciągnęły. (Ileż razy można słuchać od Eddiego Veddera, że jesteśmy najlepsi?). Okazało się, że marka Opener jest pusta, nie stoją za nią żadne wartości, można się bez nie obyć.

Oni na Pohodę wrócą. Ciekawe ile osób wróci na Orange?
Atmosfera stworzona przez organizatorów Pohody sprawia, że pierwsza pula biletów, dystrybuowana jesienią, gdy jeszcze nie wiadomo kto zagra za kilka miesięcy, rozchodzi się w kilka tygodni. Ludzie jadą na lotnisko w Trenczynie nie dla konkretnych zespołów. A w festiwalowym sklepie ludzie wykupują koszulki z logo imprezy, a nie z wizerunkiem największych gwiazd.
Pohoda jest marką, pod którą organizowane są imprezy także poza sezonem letnim. I sprzedają się, bo ludzie ufają marce. Wiedzą, że wstydu nie będzie, że zawsze znajdą coś dla siebie, ale przede wszystkim będą się dobrze czuć i dobrze bawić. Nie przeszkadza im chamska ochrona, nikt nie mówi, gdzie mogą iść z piwem, a z rozrywek pozamuzycznych czeka ich więcej niż napuszone teatry, artyści i pokazy mody. Co do mody na Słowacji – zero hipsterów, pozerstwa i jakoś wszyscy szczęśliwi!

Na Pohodzie nie tylko Brett Anderson odleciał
Zalecam wszystkim organizatorom polskich festiwali – pojedźcie za rok do Trenczyna. Odpuśćcie Roskilde, Primaverę, Glastonbury. Do Zachodu nam jeszcze baaardzo daleko. Ale spróbujcie dogonić Słowaków. Albo sami zostaniecie pogonieni szybciej niż wam się wydaje…