Brudna tajemnica legendarnego medalu

Srebrny medal w Barcelonie w 1992 r.  był przez lata największym sukcesem polskiej piłki. I jednym z najbardziej legendarnych występów polskich sportowców w historii igrzysk olimpijskich. Dziś wiemy, że Polacy zdobyli ten medal nieuczciwie. Przed wyjazdem do Hiszpanii piłkarze byli szprycowaniu dopingiem. A w ukrywanie afery byli zaangażowani działacze, politycy i dziennikarze. 

Ten sukces był równie spektakularny co niespodziewany. Polska piłka po przemianach roku 1989 pogrążyła się w mroku, drużyna narodowa pod wodzą Andrzeja Strejlaua zawaliła eliminacje do Mistrzostw Świata w 1990 i Mistrzostw Europy 1992. Polskie kluby grały na rozsypujących się stadionach, w lidze kwitła korupcja a w piłkarskich szatniach królował alkohol i papierosy. 

I w tej rzeczywistości pojawia się trener Janusz Wójcik z reprezentacją olimpijską, która zostaje przejęta od PZPN przez fundację sponsorowaną przez prywatnych przedsiębiorców. Mają stworzyć nową jakość w polskiej piłce. Piłkarze kadry olimpijskiej dostają stylowe garnitury, dostają premie i wyposażenie lepsze niż pierwsza reprezentacja. Wkrótce za pieniędzmi idą wyniki. Ich zwieńczeniem jest epicki mecz finału igrzysk w Barcelonie. 8 sierpnia 1992 legendarnym stadionie Camp Nou Polacy do 90 minuty dzielnie walczyli z Hiszpanami. Dopiero w ostatniej minucie bramkę na wagę złotego medalu zdobył Kiko. Polakom została radość z drugiego miejsca.

Ale gdyby nie wyciszono afery, która wybuchła w Polsce kilka tygodni wcześniej, tego medalu prawdopodobnie by nie było. Jej kulisy w wydanej jesienią 2020 r. książce “Kopalnia – Sztuka Futbolu #5” odkrył Piotr Żelazny, dziennikarz w przeszłości współpracujący m.in. z “Przeglądem Sportowym”, “Dziennikiem” i “Rzeczpospolitą”. Dotarł on do archiwalnych dokumentów z instytucji badających tamte wydarzenia, w tym szczegółowych wyników badań dopingowiczów. Rozmawiał też z piłkarzami, działaczami, fizjologami oraz lekarzami powiązanymi z tą historią.

Dla bardzo wielu osób to był jeden z najważniejszych medali olimpijskich w historii. Gdy zapytać pokolenie 30, 40-latków, niemal każdy będzie pamiętał, gdzie był, gdy Polacy grali z Hiszpanią w Barcelonie. A ty? 

Mieszkałem wtedy w Danii, więc z tamtego lata bardziej zapamiętałem zdobycie mistrzostwa Europy przez Duńczyków. To był narodowy szał. Ale  igrzyska też oczywiście pamiętam. Ten mecz oglądaliśmy gdzieś na campingu w Belgii. Oczywiście wiedziałem jak ważny jest ten medal. Ciekawe jest to, że ten krążek nabierał rangi wraz z upływającym czasem. Janusz Wójcik, który był niestety niesamowicie ważną osobą w środowisku piłkarskim, potrafił nadać rangę temu medalowi. “Niestety”, bo Wójcik reprezentował wszystko, co najgorsze w naszej piłce.

Sukces rósł z czasem, bo w latach 90. nie odnosiliśmy żadnych sukcesów?

Lata 90. to była niesamowita posucha. W piłce klubowej były jeszcze mecze Legii z w Pucharze Zdobywców Pucharów: wygrany ćwierćfinał z Sampdorią Genua i półfinał z Manchesterem United Ale później zaczęła się  flauta i z każdym kolejnym rokiem Wójcik potrafił wszystkich przekonać, jak bardzo ważny jest ten medal.

To były pierwsze igrzyska, gdzie wprowadzono zasadę, że grają piłkarze do lat 23. Tak naprawdę to był turniej juniorski. Zupełnie inna ranga,niż złoty medal w Monachium lub srebrny w Montrealu.

Przedstawmy postaci tego dramatu. 

Po pierwsze Janusz Wójcik. Jak w soczewce skupione jest w nim zło polskiej piłki. Znam zasadę, że o zmarłych “albo dobrze albo wcale”, ale nie widzę żadnego powodu żeby ją stosować. Szczególnie w przypadku takiej postaci jak Janusz Wójcik. 

Jest to człowiek, który był skazany za korupcję, który miał  problemy z alkoholem, będąc posłem Samoobrony był przyłapywany prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu.  Lubił sprawiać wrażenie człowieka od specjalnych poruczeń, który może wszystko. Zresztą moi rozmówcy twierdzą, że faktycznie na przełomie lat 80 i 90 mógł prawie wszystko.

Miał jakieś powiązania, o których dzisiaj jeszcze nie wiemy?

Wiemy, że jego ojciec był  wysoko postawionym funkcjonariuszem partyjnym, wiemy, że sam Wójcik też  należał do PZPR i pod koniec lat osiemdziesiątych był coraz ważniejszą postacią tej partii. Wiemy, że wprowadził Jagiellonię Białystok do I ligi kupując mecze i stosując wszystkie możliwe chwyty.

Janusz Wójcik bardzo chciał, żeby wszyscy uważali, że on może wszystko i poniekąd tak właśnie było. Bardzo możliwe, że nie musiałbym przypominać tej historii po 30 latach, gdyby przytrafiła się komuś innemu niż Wójcik, bo już dawno zostałaby wyjaśniona, a winni ukarani.

Na zdjęciu towarzyszącemu twojemu tekstowi w “Kopalni” widać Wójcika z pistoletem. Wrażenie robi historia, o tym, że potrafił załatwić wyjazd kadry do Izraela, gdzie właśnie wybuchła wojna. 

Inna historia z końca lat 80. Jeden z trenerów dostał pracę za granicą, ale nie dostał paszportu. Poskarżył się Wójcikowi, który za pomocą skrzynki alkoholu postawionej jakiemuś komendantowi milicji załatwił paszport w trzy godziny. 

Nie chcę mówić, że Janusz Wójcik był człowiekiem służb, bo nie mam na to dowodów, ale gdybym miał strzelać, to wydaje mi się, że to wersja najbliższa prawdy. 

Wójcik jest autorem kultowego powiedzenia, że “tu już nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić”. To hasło-symbol korupcji w polskiej piłce.

W tych kilku słowach zawiera się cały Janusz Wójcik. Sport jest dla frajerów, trenowanie jest dla frajerów, granie w piłkę jest dla frajerów, prawdziwi mężczyźni załatwiają sprawy inaczej. 

Opisujesz, że jednego ze swoich piłkarzy przedstawił jako kobieciarza, co nie miało żadnego pokrycia w faktach. Ten człowiek miał rodzinę, dzieci, które czegoś takiego dowiedziały się o ojcu z książki Wójcika. 

Jego piłkarze mówią, wprost że się go bali, że był po prostu bardzo nieprzyjemnym człowiekiem, że ich lżył,  pomiatał nimi. Gdy już był selekcjonerem dorosłej reprezentacji,  przed meczem na Wembley w 1999 r. sprawdzał, który z piłkarzy ma odpowiednią przerwę między zębami, żeby  strzyknął śliną w stronę Davida Beckhama lub innego Anglika. To były jego metody pracy.

Naprawdę podczas meczów miał w bidonie alkohol?

Tak twierdzą ludzie, którzy go znali. Potrafił wypić, miał niesamowicie mocną głowę. Dosłownie. Jeden z piłkarzy opowiadał mi, jak podczas zgrupowania sztab trenerski popił. Ten zawodnik został obudzony w środku  nocy, gdy usłyszał  głuche uderzenia na korytarzu. Wstał, otworzył drzwi do pokoju, wyjrzał, i zobaczył asystentów niosących Wójcika jak kłodę. Nie wyrabiali się na wąskich korytarzach, więc jego głowa uderzała w kolejne ściany. Po tym wszystkim o 8 rano Janusz Wójcik zszedł na śniadanie super świeży, jak gdyby nigdy nic. 

Prezesem PZPN-u był wtedy Kazimierz Górski. Z jednej strony legenda, ale jako prezes kompletna pomyłka.

Tak, ale pamiętajmy o jednej rzeczy. To były czasy tuż po transformacji i wtedy jeszcze, zgodnie z komunistyczną nomenklaturą, najważniejszą tak naprawdę postacią był sekretarz generalny PZPN. Był nim Marek Pietruszka. 

Z zawodu działacz.

Absolutnie. Kazimierz Górski był  prezesem, co w tamtych czasach było troszeczkę funkcją reprezentacyjną, ale też nie chcę umniejszać jego odpowiedzialności. Trzeba to jasno powiedzieć,  Kazimierz Górski jest odpowiedzialny za historię z dopingiem piłkarzy. Trener wybitny, osobowość wybitna, ale w tamtej sytuacji się nie sprawdził.  

On nie panował nad tym co się dzieje w PZPN-ie, nie kontrolował tego, no i też miał problem z alkoholem, jak Janusz Wójcik.

Historia polskiej piłki w tamtych latach to jest historia pod tytułem “wódko pozwól żyć”. Polska piłka była utopiona w wódzie. Tylko zamiast to potępiać, zrobiono z tego anegdotę i niemal cnotę. Mówimy Kazimierz Górski i od razu przypominają się jego legendarne koniaczki. Natomiast nie powiem, żeby ogólne nadużywanie  miało wpływ na  sytuację, o której będziemy zaraz mówić. Ale jeśli przedstawiamy osobę dramatu, to tak: wybitny trener, osiągnął największe sukcesy w historii polskiej piłki, ale potem stał się kimś w rodzaju marionetki.

Reprezentacja olimpijska w ogóle nie podlegała pod PZPN. 

Formalnie podlegała, ale faktycznie była sponsorowana przez Fundację Olimpijską, szefem fundacji był najbogatszy wówczas Polak Zbigniew Niemczycki, który był też był też przy okazji wydawcą Przeglądu Sportowego.

Skąd wzięła się ta fundacja i  jak udało jej się wyciągnąć reprezentację z PZPN?

Zrodziła się na przełomie tych transformacyjnych czasów, jeszcze w schyłkowej komunie. Była to grupa pod przewodnictwem Niemczyckiego, do tego kilku drobniejszych sponsorów, jakieś mniejsze firmy rodzącego się kapitalizmu. Wyczuli , że przyszedł czas by inaczej zacząć robić piłkę i sport w ogóle. Że skończył się czas działaczy, a zaczął sponsorów-kapitalistów. 

Najbarwniejszą postacią z fundacji był Bolesław Krzyżostaniak. 

Był jednym ze sponsorów, a równocześnie szefem Olimpii Poznań, klubu milicyjnego. Rzutki biznesmen, przyjaciel zastrzelonego później ministra sportu Jacka Dębskiego, sam miał przestrzelone udo w porachunkach mafijnych przez tak zwany gang Baraniny.

Kolejna postać polskiego futbolu, którego na szczęście już dziś nie ma. Natomiast w latach 90.,  polska piłka tak faktycznie wyglądała, koloryt tamtych czasów jest niesamowity. 

Jak się zaczęła afera z dopingiem?

Od wpadki podczas badania na zgrupowaniu przed wylotem do Barcelony. Badanie było 3 lipca, wyniki przyszły dopiero 15, gdy trzeba było już zatwierdzić ostateczną listę do wyjazdu na igrzyska.

Dlaczego tak długo to trwało?

Janusz Wójcik twierdził, że to spisek, według mnie to wina bałaganu tamtych czasów. Mówimy o państwie, które ledwie zipało, które dopuściło do afery Art B, państwie, które zmieniało premierów jak rękawiczki, gdzie wszystko było trochę na słowo honoru.

Wyniki badań przyszły około południa i zaczęła się zadyma w Urzędzie Kultury Fizycznej i Sportu, odpowiedniku dzisiejszego Ministerstwa Sportu. O północy upływał termin zgłaszania sportowców, a okazało się, że piłkarze mają podwyższony poziom testosteronu. 

Ilu?

Trzech, a czterech kolejnych nadaje się do powtórnych badań, co jak mówią wszyscy eksperci, wypowiadający się w tekście, świadczy raczej o systemowym dopingu, który miał wtedy miejsce. Jeśli siedmiu piłkarzy ma podejrzane wyniki, to wskazuje, że szprycowana była prawdopodobnie cała drużyna.

Co wtedy się powinno wydarzyć?

Badanie dopingowe wyglądają do dziś niemal tak samo. Zawodnik oddaje mocz, który w jego obecności jest dzielony na dwie części. Sportowiec sam wskazuje która część ma być próbką A,  a która próbką B. I próbka A idzie do badania, a próbka B idzie do przechowania. Jeżeli badanie wykaże, że wynik jest pozytywny, zawodnik ma prawo wystąpić o zbadanie próbki B. Jeżeli tego nie zrobi, zgadza się z wynikiem pierwszego badania.

I  zostaje uznany za dopingowicza

Tak. Żaden z piłkarzy Janusza Wójcika, nie wystąpił o zbadanie próbki B. 

Co oznacza, że do Barcelony pojechało  de facto trzech dopingowiczów.

Tak. A czterech kolejnych, zgodnie z ówczesnymi przepisami, powinno trafić na powtórne badania antydopingowe oraz badania endokrynologiczne, które wykluczyłyby że poziom testosteronu jest u nich zawyżony ze powodów naturalnych. 

Ale zamiast przebadać próbkę B wykonano bardzo sprytny, a może po prostu bardzo prymitywny manewr.

A dlaczego prymitywny? Ja uważam, że majstersztyk. Zamiast zbadać próbkę B, zrobiono nowe badania. Pobrano od zawodników nowy mocz i poddano go analizie, lekceważąc obowiązujące procedury. Możemy w ciemno zakładać, że Janusz Wójcik wywierał presję, żeby tak się stało. 

Co wyszło z powtórzonych badań? 

Wiemy, że tych trzech piłkarzy sikało wodą. Ich mocz miał zbyt niski ciężar właściwy. Wypili tyle wody, albo jakiejś innej substancji, tuż przed badaniem, że wypłukali z siebie wszystko. Mieli testosteron na poziomie zero, poniżej normy fizjologicznej. Przeciętny człowiek powinien go mieć na poziomie 1 – 1.5. Jednostka miary określa stosunek testosteronu do epitestosteronu. 

Wynik drugiego badania ich tak naprawdę jeszcze bardziej obciąża. Oficjalnie uznano jednak, że jest to świetny wynik, wszystko w normie, do widzenia, wysyłamy panów do Barcelony.

Jakim cudem w Hiszpanii, gdzie oni byli pewnie wiele razy badani, nic nie wyszło?

Tak działa metabolizm. 

Testosteron im się podniósł z zera do  normy?

Tak, dzisiaj sikasz wodą i masz zero, a jutro ci się to uzupełnia, to są bardzo szybkie procesy. 


Bo w Hiszpanii, nie było żadnych problemów?

Żadnych, a byli badani wielokrotnie. 

Wśród zawodników, których złapano na dopingu były tak ważne postaci jak bramkarz Aleksander Kłak oraz Piotr Świerczewski, kluczowy zawodnik.

Plus Dariusz Koseła, który był rezerwowym i nie zagrał ani minuty. Pojawiały się z tej okazji standardowe teksty: “po co szprycować bramkarza”? 

Po co?

Testosteron jest przede wszystkim odpowiedzialny za przyrost mięśni. To naturalny hormon, który wydziela każdy człowiek, zarówno kobiety jak i mężczyźni. Oczywiście mężczyźni mają go więcej i to testosteron jest odpowiedzialny chociażby za agresję, dlatego to mężczyźni są bardziej agresywni. 

A w sporcie bardziej waleczni.

Tak. Testosteron odpowiada też za pewność siebie. Prawdopodobnie też chodziło o polepszenie ich wytrzymałości. Bo sztab Janusza Wójcika bał się warunków atmosferycznych w Barcelonie i Saragossie. To byli jednak bladzi chłopcy znad Wisły. I nagle mieli walczyć w trzydziestokilkustopniowym upale, przy bardzo dużej wilgotności, czyli w warunkach, których  nie znali. Być może postanowiono w ten sposób polepszyć ich wytrzymałość, tzn. na bazie przyrostu mięśni zbudować lepszą wytrzymałość. A przy okazji poprawić ich agresję, oraz pewność siebie.

Przesłanką za tym, że tamta reprezentacja była sztucznie napompowana, może być fakt, że mimo ogromnych nadziei, to tak naprawdę żaden z nich nie zrobił poważnej kariery, były jedynie epizody. 

Nie wydaje mi się żeby to był dowód. Ich zniszczyło coś innego: kapitalizm i zachłyśniecie się zagranicą. 

Ale Mielcarski, Juskowiak, nawet mimo wszystko Kowalczyk, osiągnęli dużo, wyjechali za granicę, byli tam w miarę czołowymi postaciami. W seniorskiej reprezentacji nigdy nie osiągnęli żadnego sukcesu, ale głównie dlatego, że mieli beznadziejnych trenerów.

Zawodnicy wiedzieli, że są szprycowani? Wśród nich był obecny selekcjoner Jerzy Brzęczek.

I wiceprezes Marek Koźmiński, który zaraz  będziesz prezesem. Oczywiście pytałem piłkarzy czy wiedzieli  i wszyscy zaprzeczali. Moim zdaniem faktycznie nie byli tego świadomi.Uważam, że po tylu latach, to by po prostu wyszło, nie da się utrzymać takiej tajemnicy przez grupę 25 facetów.  

Ale to straszne, bo oni byli szprycowani wbrew własnej woli. 

A jak wyglądał system szprycowania sportowców w NRD? To było okrutne. 

Teraz się zastanawiam ilu z nich miało potem poważne urazy, ze względu na osłabienie organizmu przez doping. 

To była dość popularna w pewnym momencie teoria, że ich późniejsze kontuzje wynikały z dopingu. Ale przyznaję, że to jest jeden z tych, wątków, których nie ruszyłem. 

Piłkarze nie podejrzewali, że coś jest nie tak?

Jak wyszła afera z wynikami to zaczęli się zastanawiać, czy ci, którzy wpadli nie próbowali sami czegoś brać. 

Według ciebie to możliwe?

Według mnie jest to możliwe, natomiast według profesora Jerzego Smorawińskiego, eksperta zajmującego się dopingiem, nie jest możliwe, by aż siedmiu piłkarzy aż tak przesadziło z suplementacją. Według niego liczba piłkarzy z zawyżonymi wynikami wskazuje, że to było systemowe działanie. Zresztą  widziałem wyniki badań i prawie żaden z nich nie był w normie, która wynosiła 1-1.5, granica dopingu zaczynała się od 6. A piłkarze kadry olimpijskiej mieli np. 3,5; 4; 4,2, 3.7.

Jak to możliwe, że ta afera nie wyszła?

Wyszła, tylko została zamieciona pod dywan. 

Największy polski dziennik sportowy jednego dnia napisał, że jest afera, ale drugiego już napisał, że afery już nie ma.

Gorzej. W ogóle nie pisał o wpadce. Tylko już po wszystkim, po drugich badaniach, ukazał się artykuł, w którym stwierdzono, że owszem po mieście krążyły plotki o niezaliczonych testach, ale wydawały nam się one podejrzane dlatego państwa nie informowaliśmy. A teraz możemy potwierdzić, że kolejne wyniki wykazały, że piłkarze są czyści. 

Przypomnijmy, kto był ówczesnym właścicielem Przeglądu Sportowego?

Zbigniew Niemczycki, który był prezesem Fundacji Olimpijskiej. 

Inne media nie podchwyciły tematu?

Aferę odkryła Rzeczpospolita. Tego newsa przyniósł Mirosław Żukowski, sprawę na łamach opisywał Krzysztof Guzowski. Inne media też to podchwyciły. Ale PZPN oszukał dziennikarzy. Podczas przysięgi olimpijskiej działacze rozdali dziennikarzom ulotki, w których napisano, że badania próbki B potwierdziły, iż piłkarze są czyści.

To było kłamstwo

To było kłamstwo, bo to nie była próbka B, to było nowe badanie.

To wyklucza tezę, lansowaną później przez Janusza Wójcika, że cała sprawa była spiskiem PZPN-u, który zazdrościł mu sukcesów. 

O żadnym spisku nie ma mowy, oczywiście Janusz Wójcik bardzo lubił tę teorię.

A nie uważasz, że gdyby drużyna poniosła klęskę w Barcelonie, to ta afera zostałaby wyciągnięta do spalenia na stosie Wójcika i reszty?

Zgadzam się, medal wybitnie przyczynił się do tego, żeby tę aferę zamieść pod dywan. 

A co się stało, że rok później postanowili urzędnicy zabrali się za jej wyjaśnianie?

Kogoś ruszyło sumienie, faktycznie zaczęło się trochę pisać o tym, było lekki ciśnienie mediów, ale nie przesadzałbym z tym ciśnieniem. 

Po roku nagle znalazły się próbki B. 

Tak, zrobiono  badania i oczywiście próbka B potwierdziła wyniki próbki A. Oprócz próbki Aleksandra Kłaka, która się rozłożyła, co pokazuje w jakim stanie organizacyjnym był polski sport. 

Wyciągnięto jakieś wnioski z tej historii?

Nie wydaje mi się. Rok później była afera w Legii, ten sam trener z tym samym mniej więcej sztabem, kolejna wpadka dopingowa. Znów testosteron, tym razem zawyżony u ukraińskiego piłkarza Romana Zuba. Znów cała Warszawa huczała od plotek, że więcej piłkarzy nie przeszło testów. Profesor Smorawiński wspominał o  piłkarzu, który miał wynik 5,7. 

Jakim cudem Janusz Wójcik, który był odpowiedzialny za to, został potem selekcjonerem kadry Polski?

Ale Januszowi  Wójcikowi nikt nie wypominał afery dopingowej, tylko wszyscy mówili, że zdobył srebro, że jest wspaniałym motywatorem.

Zastanawiałeś się czy bez dopingu zdobylibyśmy ten medal?

Nie ma na to odpowiedzi. Gdybyśmy się trzymali  przepisów, to na igrzyska nie pojechałoby trzech zawodników. Być może mentalnie by to rozwaliło całkowicie drużynę, ale może by wzmocniło? Może Wójcik by to wykorzystał, żeby napompować chłopaków.

Bo Wójcik tak budował atmosferę, tworząc oblężoną twierdzę.

Tak, wszyscy wokół na nich dybali, byli chujami, trzeba było wszystkim wokół coś udowodnić. Szkoda mi tych piłkarzy, gdy słucham jak Wójcik ich, dorosłych facetów, terroryzował, jak ich traktował.

Jak poznałeś dokładnie tę historię, zmieniłeś zdanie na temat tego medalu?

Niestety, nabrał on jakiegoś takiego brzydkiego smrodu.