Jak parkuje szef Cocomo, czyli czasem nie warto mieć ferrari

Ferrari w Białymstoku

Ostatnio cicho było o szefie klubów gogo Cocomo, Janie Szybawskim, więc młody biznesmen postanowił o sobie przypomnieć. W piątek jego auto zaparkowało na parkingu jednej z galerii handlowych w Białymstoku. Ale kierowca chyba się bardzo spieszył, bo wybrał miejsce dla niepełnosprawnych.

Wytropili go dziennikarze Kuriera Porannego, jednak chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z kim mają do czynienia. Ja z kolei to ferrari znam dobrze 🙂 Samochód pojawia się w 1:27 min. filmu. To służbowe auto szefa Cocomo, ferrari california, bodajże rocznik 2012, ściągnięty z Niemiec, jak informował mnie sam biznesmen.

Swoją drogą myślałem, że Jan Szybawski będzie bardziej szanował prawo, skoro na głowie ma policję, urząd skarbowy i kilka innych instytucji. Ostatnio zresztą kolega opowiadał, że minął na autostradzie ferrari Szybawskiego, który jako jeden z nielicznych przestrzegał przepisów i wlekł się po autostradzie czarnym super-autem nędzne 130 km/h.

Desperacki chwyt Krakowa. Ale z wiarygodnością ciągle słabo…

Screenshot_2014_05_19_18_42_07Po ustawieniu bramy, liczącej zwolenników Igrzysk (upadłej bramy, trzeba dodać), żałosnej kampanii bilbordowej, komitet Kraków 2022 wykonał kolejny krok, zgodnie z dotychczasową zasadą „chcemy dobrze, a wyszło jak zwykle”.

Na stronie krakow2022.org pojawił się list, w którym krakowianie są przekonywani, jakie to korzyści ich czekają, jeśli zagłosują za igrzyskami zimowymi pod Wawelem. Treść listu to piarowy bełkot, z którego niewiele wynika. Ale mnie zainteresowało, kto podpisał się po listem.

Otóż gdzieś tak z 95 proc. sygnatariuszy to osoby, które bezpośrednio są zainteresowane organizacją igrzysk, bo zyskają na nich finansowo (sportowcy) lub są zależne od lokalnych władz i pewnie miały niewielkie pole manewru, żeby odmówić podpisu (głównie urzędnicy i artyści związani z krakowskimi instytucjami kultury).

Jak dla mnie nie wygląda to dobrze, jeśli do Igrzysk przekonuje mnie ks. Augustyński, założyciel Stowarzyszenia Siemacha, które żyje w symbiozie finansowej z miastem (m.in. jest operatorem zbudowanego przez miasto centrum Com Com Zone), albo Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda, którzy wychodzili sobie Muzeum PRL w Nowej Hucie. I do tego Lech Wałęsa, który jak wiadomo zawsze jest za a nawet przeciw.

Sorry, ale jeśli to są pomysły warte 48 tysięcy, to ja tego nie ogarniam…

Katowice, czyli dlaczego mówię “nie” openerom i orangom

Pohoda

Kurs tańca ludowego? Jakoś tego nie widzę na Openerze 😉 Na Pohodzie to hit

Na bilbordach, w kinach i telewizjach zaczęła się ofensywa reklamowa letnich festiwali. Brakuje reklam tego najlepszego. Ale on zachęcać specjalnie nie musi, jego wyznawców nie trzeba przekonywać co dobre.

Nie wybieram się na Orange, bo festiwal na stadionie jest zaprzeczeniem idei festiwalu, czyli rozlewającej się po wolnej przestrzeni wolności, swobody i luzu, a nie bliższego kontaktu z betonem. Nie mam też przekonania do warszawskiej publiki, zblazowanej, zmęczonej, skoncentrowanej na sobie, niezainteresowanej lub nieznającej się na muzyce. Oglądanie i słuchanie czegokolwiek w ich towarzystwie jest średnią przyjemnością. Nawet Pixies. Choć oglądanie Pixies bez Kim Deal to w ogóle jakaś pomyłka…

Z podobnych powodów nie wybieram się do Gdynii. Opener zjadł jego własny sukces. I ego Mikołaja Ziółkowskiego. On przytłacza ten festiwal, sprawił, że z sympatycznego, klimatycznego miejsca Opener stał się fabryką z przymusem dobrej zabawy, opresją lansu i komercją, która wyparła klimat.

Tego wszystkiego czego nie znajdę w Gdynii ani Warszawie szukam na Słowacji i w Katowicach. Pohoda w Trenczynie to największy festiwal u naszych południowych sąsiądów, ale wciąż kameralny. A Słowacy potrafią cieszyć się muzyką, jak my gdzieś takjeszcze  w połowie lat 90. No i są o niebo bardziej wyluzowani. Na polu namiotowym ani pod scenami nie trwa pokaz mody i napinka, kto lepiej wypadnie. Oj nie 😉

Wielu wykonawców z Pohody chwilę później  zobaczę na OFFie. Ale i tak pojadę tam jak co roku jak na skrzydłach. (mam tylko nieobecność usprawiedliwioną dwa lata temu – gdy wybuchła afera Amber Gold szefowie ściągali mnie z drogi, wysiadłem z samochodu znajomych w Mszczonowie i stopem wracałem do Wawy, żeby za chwilę ruszyć do Gdańska… ).

W Dolinie Trzech Stawów przez te trzy dni wytwarza się atmosfera, która ładuje mnie na cały rok – pozwalająca uwierzyć, że chociaż powoli staję się starym piernikiem, to dookoła jest mnóstwo podobnych ludzi, z podobną pasją, pozytywnych, pogodnych, a Polska to nie jest dziki kraj 😉 Uwierzcie, nic nie smakuje tak jak Japandroids albo Patyczak w sosie katowickim 😉